HEY CDN„CDN” to dwupłytowy jubileuszowy album zawierający największe przeboje zespołu, wszystkie, nawet najstarsze, piosenki zostały nagrane na nowo, niektóre w nowych, zaskakujących wersjach, inne w sprawdzonych koncertowych aranżacjach lub po prostu po staremu.

Przygodę swoją z grupą Hey rozpoczynałem 22 lata temu od zakupy kasety Ho! I byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem. Z czasem dorobiłem się całej dyskografii – na tamte czasy to całe trzy albumy „Fire”, „Ho!” oraz „Live”, a pokój mój zaczęły przyozdabiać plakaty zespołu i Kaśki Nosowskiej.

Dziś świętujemy 25-lecie zespołu. Jak tak człowiek sobie pomyśli, że „niedawno” kupował kasetę „Ho!” 3-letniego zespołu, a dziś celebruje 25-lecie grupy… gdzie się podziały te wszystkie lata? Czas leci niemiłosiernie, wszystko dookoła się zmienia i czasem trzeba podsumować to, co się wydarzyło. Od Heya dostajemy dwupłytowe wydawnictwo album „CDN” celebrujący 25-lecie zespołu. Opakowanie ładne – kartonik, w środku 2 płyty w kopertach i coś na wzór wkładki z kolażem ze zdjęć wykonanych na przestrzeni tych 25 lat. Wygląda całość bardzo estetycznie, ale otwarcie kartonika nie należy do najbardziej przyjemnych/ergonomicznych/przemyślanych? A nie zakładam, żeby wydawca zakładał, że ludzie po jednym przesłuchaniu odstawią album na półkę. Jak już rozpracujemy otwarcie, dostajemy się do wspomnianych płyt. CD 1 nagrana i przetworzona przez Leszka Kamińskiego – to on wspomagał zespół w szczytowych momentach formy Heya. Druga płyta zrobiona została przez Marcina Borsa, który utwierdził zespół w przekonaniu, że dodanie elektroniki zrobi z Heya zespół dojrzały.
Na dwóch płytach udało się zebrać piosenki z całego przekroju działalności zespołu. Zespół ponagrywał wszystko od nowa, w aranżacjach zbliżonych do oryginałów. Jestem zwolennikiem przekonania, że to, co jest idealne, genialne to nie powinno się tego tykać. W przypadku kultowych piosenek, jak słyszę ich przeróbki to mi się scyzoryk w kieszeni otwiera, bo dla mnie jest to profanacja. Ale jak to przekonanie odnieść do sytuacji, gdzie zespół sam nagrywa na nowo swoje perły? Może być ryzykownie, różnie, dziwnie, zaskakująco. Tak właśnie jest w przypadku utworów na „CDN”. Piosenka „Misie”, Heyowy klasyk, od niego zacząłem słuchanie tego albumu i …efekt przeszedł moja wyobrażenia. Utwór nagrany z rozmachem, bardzo rockowo, z pazurem. Na początku mamy odliczanie, które usłyszeć już można była na płycie Live, w środku utworu są wmixowane wypowiedzi muzyków sprzed lat. Piosenka ta jest tak sentymentalna, że aż się oczy pocą ze wzruszenia. Inne klasyki typu „Zazdrość”, „Eksperyment”, „Ja Sowa” itd. bardzo fajnie się „śpiewa” razem z Kaśką.

Ale, żeby nie było tak słodko, to są dwa nieporozumienia na tych płytach. Pierwszy to „Katasza” – najbardziej charakterystyczny moment piosenki – refren – został zastąpiony rapem w wykonaniu Kasi. Druga pomyłka to „Heledore Babe” brzmi tak jakby o 5 nad ranem po ciężkiej nocy w barze była nagrywana. Co jeszcze może drażnić? Pogłosy nałożone na wokale Kaśki, no i dyskotekowy werbel Bubka, irytuje niemal jak werbel Larsa Urlicha na płycie St. Anger.
Jako bonus do „staroci” dostajemy nową piosenkę „Gdzie jesteś, gdzie jestem?”, która nie jest szczytem możliwości zespołu Hey, ale sądząc po okupowaniu 1 miejsca LP3 ma swoich zwolenników. Album „CDN” u „starych” fanów Heya (tych z lat 92-99) może wywołać miłe wspomnienia, a „młodzieży” uświadomić może, że Hey nagrywał fajne piosenki przed MURPem. Wiele wskazuje na to, że jest to ostatni album w dorobku zespołu. Fajnie, że potrafi wywołać uśmiech.

autor: KUBA

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Drukuj
  • PDF